Jesteśmy Borg. Wyłączcie tarcze i poddajcie wasze statki. Dodamy waszą odrębność biologiczną i kulturową do naszej. Wasza kultura zostanie dostosowana do naszych potrzeb. Opór jest daremny.
Top 5 filmu SF wg Solariusa Scorcha
Wzorem innych redaktorów naszej Radiostacji, przedstawiam poniżej zestawienie pięciu najważniejszych moim zdaniem filmów SF.
Nim zaczniemy, chciałbym zaznaczyć iż "science-fiction" potraktowałem w tym przypadku dość swobodnie, a na pewno bardziej luźno niż zazwyczaj. Wyszedłem z założenia, że w kinie znacznie trudniej niż np. w literaturze o "czyste" science fiction, więc skłonny byłem umieścić na liście także pozycje, które nie spełniają ostrych Lemowskich kryteriów. Ponadto pamiętajmy, że filmy te często stanowiły bezpośrednią inspirację dla "prawdziwego" kina science-fiction, a zatem w oczywisty sposób są bardzo ważne dla gatunku.
I. STAR TREK (oryginalny serial)
Dlaczego serial ten (wraz z towarzyszącymi mu pełnometrażówkami, które jednak postawiłbym na dalszym planie) umieszczam na pierwszym miejscu filmów science-fiction wszechczasów? Po pierwsze, jest on obecny niemal od zawsze w świecie współczesnej fantastyki, przeżył więc wiele prądów i zwrotów intelektualnych w fantastyce futurystycznej i futurologicznej, często wręcz je tworząc (przy czym znacząco zajmował się nie tylko tematyką fanastyczną, ale i sprawami aktualnie istotnymi dla społeczeństwa Zachodu - serial uczestniczył aktywnie choćby w rewolucji obyczajowej lat 60-70), wciąż dostosowując się do nowych warunków ale i w jakiś sposób pozostając sobą. Po drugie, serial ten jako pierwszy podejmował podstawowe problemy i paradoksy "wysokiej SF", takiej jak sztuczna inteligencja, różnorodność form życia we wszechświecie, kwestie kontaktu z Obcymi, zagadnienia etyczne, pluralizm kulturowy, wszechmoc i nieśmiertelność, techniczne aspekty lotów kosmicznych itd., a robił to na tyle umiejętnie, że oglądając go naprawdę ma się wrażenie, że poprzez ekran telewizora zagląda się w przyszłość - jeśli nie pewną, to przynajmniej całkiem prawdopodobną (zwłaszcza kiedy ma się 14 lat). Po trzecie, stary Star Trek jest serialem o niezwykłej sile magicznego oddziaływania kinowego, pobudzającego estetyczny zmysł widza - zarówno w dziedzinie designu scenografii (nieważne jak małymi środkami uzyskiwanej), jak i samych bohaterów, którzy są naprawdę interesującymi postaciami. Wielki żal człowieka ogarnia, że następne wcielenia serii (a zwłaszcza te po The Next Generation) tak nisko upadły.
II. GWIEZDNE WOJNY
Nie trzeba chyba nikogo przekonywać co do roli, jaką pierwsza trylogia Star Warsów odegrała w historii kina fantastycznego; po dziś dzień jest to chyba najpopularniejszy i z największym szacunkiem traktowany film fantastyczny w świecie Zachodu (co do Wschodu się nie wypowiadam, ale nie wykluczam iż być może studia Bollywoodu wyprodukowały coś równie kultowego, co jednak do Europy i USA nie dotarło...). Już sam fakt, że pozdrowienie "Niech Moc będzie z tobą" znane jest i rozumiane przez niemal wszystkich, niezależnie czy interesują się kinem SF czy nie, nakazuje umieścić tę serię w niniejszym zestawieniu. Trylogia ta jest o tyle ważna dla kina science-fiction, iż jako pierwsza w tak wyraźny i kreatywny sposób sięgnęła do zasobów ogólnoludzkich legend, opowieści, praw, a także zasad nimi rządzących, a później konsekwentnie wcielała owe najbardziej pierwotne motywy w życie, łącząc je z mnóstwem rewolucyjnych na owe czasy pomysłów. Gwiezdne Wojny to coś więcej niż film, to niemalże misterium, przedstawienie lub odtworzenie mitu, i nie jest to tylko efektem ogromnej popularności obrazu, ale zamiarem samego George'a Lucasa. W odróżnieniu od Star Treka, Gwiezdne Wojny zajmują się nie tym co stoi dopiero przed człowiekiem ("Przygoda ludzkości właśnie się zaczyna..."), ale raczej tym co właśnie tkwi w nim od początku, co jest kwintesencją jego istoty, jego marzeń, jego ducha: fascynacja mistycyzmem oraz bohaterstwem. Jeśli do tego dodamy sprawną realizację i duży rozmach, nie mamy już wątpliwości dlaczego ten film okazał się hitem wszechczasów.
III. ALIEN (cykl)
Przygody Ellen Ripley, a konkretnie dwie pierwsze ich części, to kolejne kamienie milowe w rozwoju kina fantastycznego. Oprócz tego, że są to po prostu bardzo dobre filmy, wyznaczyły one w filmie SF zupełnie nową drogę (albo i kilka). Obcy ukazuje nam dość mroczną rzeczywistość podboju kosmosu, zdominowaną przez interesy wielkich korporacji, zarazem jednak w jakiś sposób zwyczajną, swojską, nieco brudną (ale też bez przesady - ot, zwyczajną). Ponadto druga część stworzyła praktycznie szeroko rozumiany archetyp "space marine" wraz ze wszystkim co się z nim wiąże, który dziś jest tak powszechny w fantastyce, że aż strach konserwę otworzyć, by ze środka taki nie wyskoczył. Także sama Ripley jest archetypem - archetypem kobiety silnej i zdecydowanej, lecz nie komiksowo heroicznej, raczej zwykłej osoby postawionej w niezwykłej sytuacji i dzielnie stawiającej jej czoła - który również jest od z górą dwudziestu lat do bólu powielany w setkach filmów klasy B (po raz ostatni widziałem tego rodzaju powielenie zaledwie wczoraj, w pasjonującym dramacie sensacyjnym Pająki II: Morski Koszmar). Wreszcie, Obcy wprowadza na ekrany potwora absolutnego, którego do dziś nie jest w stanie przebić absolutnie nic: połączenie najbardziej odrażających cech ludzi (intelekt, złośliwość, "twarz"), bestii (owadzie kształty, kły i pazury, furia) oraz maszyn (metaliczność, odporność, niewrażliwość na ból), przy tym dosłownie naszpikowane wyraźnymi - choć dyskretnymi - symbolami perwersyjnej seksualności oraz pełne mylących, podstępnych szczegółów (niemal ludzka twarz, gdy widziana z boku, przestaje być ludzką twarzą; w paszczy ukryta druga paszcza; itd.). Tegoż to potwora, uasabiającego wszelkie pierwotne zło jakie mieści się w umyśle człowieka XX wieku, postawiono naprzeciw jednej bohaterki, która jednak pokonuje go dzięki odwadze i determinacji. Byłbyż więc Obcy również takim współczesnym mitem, odwołującym się w podświadomości widza do trudnej lecz ostatecznie zwycięskiej walki ze złem w ogóle, takim jakie widzimy wokół nas? Nie miejsce to, by o tym rozstrzygać, ale zastanówcie się nad tym przed snem...
IV. 2001: ODYSEJA KOSMICZNA
Nie jest to moje zestawienie oryginalne, oj nie jest... Ale cóż poradzić: skoro wybieramy najważniejsze filmy SF świata, to nie powinienem chyba szukać jakichś mało znanych dziwactw, prawda? Film Kubricka ważny jest w tym zestawieniu z wielu powodów, z których nie ostatnim jest fakt, iż był to pierwszy chyba film SF, którym zainteresowała się i który doceniła szersza publiczność. Nie był to przypadek - obraz ten wyznaczył zwrot w kinie science-fiction od komiksowych historyjek w stylu Flasha Gordona (nie ujmując nic temu ostatniemu - on też bardzo się przysłużył filmowej fantastyce) ku ambitnej tematyce, stonowanej - choć nie ubogiej - stylistyce, a także nastrojowi grozy (technothriller?). Na uwagę zasługują też solidne efekty specjalne, i to zarówno te obrazujące codzienność w kosmosie (nieważkość, maszyneria), jak i surrealistyczne (arcysłynna scena z kością przemieniającą się w statek, parodiowana nawet przez Monty Pythona). Cóż dodać - klasyka, panie!
V. GHOST IN THE SHELL
"Duch w osłonce" zajął miejsce w tym szacownym gronie nie tyle ze względu na siebie samego, ale w równie wielkim stopniu także za to, iż stał się sztandarową - obok Akiry i Mononoke - produkcją japońską, która zdołała przebić się na rynek zachodni, torując drogę całemu strumieniowi japońskiej twórczości - będącej dla SF całym nowym, gigantycznym kontynentem. Oprócz owego aspektu pionierskości jest jednak Ghost in the Shell obrazem samym w sobie głęboko frapującym, niepokojącym, inspirującym. Mimo że historia w nim opowiedziana jest dość prosta (o ile jest się mniej więcej zaznajomionym z cyberpunkiem, bo jest to nurt dość pokręcony koncepcyjnie), film naprawdę potrafi poruszyć. Porusza mianowicie przede wszystkim swoją bezwzględnością, negacją uznanych świętości (dusza, świadomość, jaźń), kalkulacyjnym chłodem bezlitosnej prawdy o życiu i istnieniu; stawia pod znakiem zapytania takie pojęcie człowieka, jakie w Europie funkcjonuje od czasów starożytnych, w zamian jednak zarazem proponując coś zupełnie nowego. Ghost in the Shell występuje w tym zestawieniu w pewnym sensie jako kwintesencja czy też przedstawiciel japońskiego cyberpunku, który rozpościera się od Akiry aż po Tetsuo, a bez znajomości którego nie można nazwać się znawcą kina fantastycznego. Nawet amatorskim.
Cóż dodać na zakończenie? Niewiele chyba, bo zestawienie mówi samo za siebie. Mało w nim, jak sądzę, zaskoczeń, ale cóż - nie moja wina, że inni filmoznawcy myślą podobnie jak ja! Więc... ehm... dziękuję. I zapraszam przed ekran.







Prześmieszny, totalnie przegięty mix Star Wars i Star Treka to Gwieznde jaja: Zemsta świrów. Komedia tej samej ekipy co tworzyła But Manitou. Star Wars bardzo lubię, a Star Treka dawno temu oglądałam co jakiś czas, dlatego Gwiezdne jaja doprowadziły mnie do płaczu ze śmiechu. Ale faktem jest, że nie wszystkim się spodoba.
Co do GitS to powiem tylko, że zdecydowanie lepsza jest pierwsza część. Innocence moim zdaniem przegadane... Ale słyszałam też opinie na odwrót, więc zapewne ponownie jest to tylko kwestia gustu :)
Co do Innocence, to zupełnie się zgadzam. Druga część była zwyczajnie banalna, a udawała arcydzieło głębokie jak Rów Mariański. Zwłaszcza sentencje Batou dobijały - nasz redakcyjny Darek rzucił nawet ideę, że znał je z pudełek karmy dla swojego psa, które codziennie kupował (moim zdaniem bardzo prawdopodobne).
A Gwiezdne jaja... Nie chodzi aby o Kosmiczne jaja?
Hehehe, jestem pewna, że nie ma pomyłki w podanym przeze mnie tytule XD Kosmiczne jaja to film z Melem Brooksem. Gwiezdne jaja: Zemsta świrów to zupełnie inna produkcja. Ty mówisz o Spaceballs, a ja o (T)Raumschiff Surprise: Periode 1 XD Zdecydowanie nie dla wszystkich. Opinie o filmie bardzo podzielone, ale mnie się podobał. Polecam jeśli lubisz absurdalną komedię.
Powiem tak: zaciekawiłaś mnie! Kiedy znajdę odpowiednią ramę czasową, postaram się tym zająć.
Dodaj nową odpowiedź