Kree obrzucił Beardsleya twardym spojrzeniem, a jego lśniące, czarne oczy zwęziły się do malutkich szparek. Gdyby Kree był mrrszanem, Beardsley przygotowałby się na nieuchronny atak.
Dystrykt 9, reż. Neill Blomkamp
District 9, sci-fi, Nowa Zelandia, USA, 2009
Dwa miesiące po premierze światowiej do Polski trafił Dystrykt 9 w reżyserii debiutującego z długim metrażem Neilla Blomkampfa. Film, nakręcony za niewielki w dzisiejszych czasach budżet 30 mln USD (brak gwiazdorów – i bardzo dobrze), wyprodukował Peter „Martwica Mózgu” Jackson. Tym samym dowiódł, że jest nie tylko dobrym reżyserem, lecz też świetnym inwestorem: budżet zwrócił się ponad pięciokrotnie, a ponadto, co ważniejsze, świat otrzymał kolejnego obiecującego twórcę.
Oto historia: wielki statek obcego gatunku z niewyjaśnionego powodu zawisa nad Johannesburgiem i nieruchomieje. Ekipie, która zostaje wysłana na jego pokład z palnikami, ukazują się tysiące koczujących wewnątrz obcych przypominających humanoidalne skorupiaki, zupełnie zdezorientowanych, na granicy wycieńczenia. Póki co zostają przeniesieni do dzielnicy prowizorycznych bud i otoczeni płotem, aby, jako że prowizorka to najtrwalszy ze stanów, utkwić tak na kolejne dwadzieścia lat w cieniu (znanego z plakatów) statku wiszącego nad miastem. Obcy, krabowate maszkary, nie potrafią przyswoić sobie obyczajów rządzących ludzkim społeczeństwem, takich jak prawo własności czy utrzymywanie higieny. Jakoś się jednak adaptują, tworząc chaotyczną strukturę społeczną przetrząsających wysypiska i zajmujących się nie wiadomo czym slummersów, na których żeruje nigeryjska mafia, która dostarcza im mięsa, rozrywek oraz kociej karmy, największego przysmaku obcych. Nad tą dziwaczną sytuacją panuje międzynarodowa organizacja MNU, fabularny klon ONZ-u z militarnymi pazurami. Przybysze twierdzą, że chcą tylko wrócić do domu. I jest to dokładnie to, czego życzy im cała społeczność światowa, a zwłaszcza zmęczeni trudnym sąsiedztwem johannesburczycy, pełni uprzedzeń świetnie znanych z historii ziemskich międzykulturowych spotkań. UFO go home.
Wizja obcych, którzy żyją na Ziemi w obozie przejściowym, dyskryminowani, de facto pozbawieni praw obywatelskich, to rzecz nowa w fantastyce filmowej. Nieco podobne klimaty pamiętam z Alien Nation, gdzie obcy, mniej więcej zintegrowani ze społeczeństwem amerykańskim, są dyskryminowani i upokarzani. Tu jednak nie mamy łysych ludzi (jak w AN), lecz obrzydliwe stwory żerujące na wysypiskach w poszukiwaniu nadgniłego mięsa. Można stwierdzić, że ponura wizja Alien Nation byłaby happy endem Dystryktu 9, w końcu obcy nie żyją tam już w obozie. Blomkamp nie pokazuje półcieni tolerancji i trudnych dróg porozumienia, nie idzie też na banalne siłowe rozwiązanie spod znaku „wojny światów”, lecz zderza kultury w najbardziej cyniczny sposób: na problem Kontaktu rzuca cień wieżyczki strażniczej i kolczastego drutu. Wszystko to dzieje się w państwie, nad którym wciąż krąży mroczne widmo apartheidu i gdzie po raz pierwszy w krwawej historii kolonializmu Anglicy zbudowali obozy koncentracyjne dla obcych. (Zresztą obcy Blomkampa bardzo przypominają Hotentotów z relacji pierwszych europejskich podróżników po kraju południowoafrykańskiego Przylądka: nieodgadnieni, lecz w oczach Europejczyków ze wszech miar odrażający). Ponadto – i to czyni film bardzo zaczepnym, a wręcz włącza do obszaru kina krytyki społecznej – na Zachodzie problem rozrastających się „tymczasowych” obozów dla uchodźców, z którymi nie ma co zrobić, bo brakuje projektów na ich zagospodarowanie lub asymilację i żyją w nędzy, wśród kwitnącej przestępczości, jest problemem wstydliwym i palącym. Wokół dzielnicy-obozu wiszą stosowne tablice ostrzegawcze: „Tylko dla ludzi”, podobnie jak 20 lat temu w RPA: „Tylko dla białych”. Słowem, Blomkamp depcze po odciskach cywilizacji euroatlantyckiej (co w Polsce nie boli tak mocno, gdyż problematyka nowoczesnego obozu jest tu obca), używając SF-owego narzędzia do demonstrowania problemów społecznych.
Powiecie, że liczne filmy to robią. Blomkamp jednak idzie krok dalej, pozostając cynikiem i unikając typowego amerykańskiego nadęcia z orientacją na happy end pod powiewającą flagą czy afirmacyjny morał o potrzebie integracji wszystkich ze wszystkimi. Główny bohater, biały Afrykaner, jest zabawnym gnojkiem, egoistą oraz aparatczykiem – a zarazem człowiekiem sympatycznym, nieporadnym – i w zasadzie, z pewnymi przerwami, nim pozostaje. W filmie cytowane są ujęcia z fikcyjnych wiadomości, które nadają obrazowi pseudodokumentalnego charakteru, a zarazem niemal teledyskowego tempa relacji z miejsca dziejących się zdarzeń. Pobrzmiewają w nich echa dzieł Verhoevena (też Afrykanera, jak Blomkamp i większość ekipy z D9) i jego śmieszno-strasznych wstawek z reklam czy programów telewizyjnych w Robocopie i Żołnierzach kosmosu. Wreszcie sam dizajn świata – obleśnych, autentycznych, lepkich slumsów, niewykastrowanych w hollywoodzkich studiach – czy pomysł na obcych jako gromady ogłupiałych żuli to mocne, bezkompromisowe elementy.
I tak, dzięki tym wszystkim zabiegom, D9 wreszcie, po latach oczekiwania, wymyka się spod amerykańskiej sztancy produkującej kolejne Equilibria, Wojny światów, Raporty mniejszości i Surogaty, pokazując rzeczywistość złożoną, trudną, bezwyjściową i pozbawioną jasnych odpowiedzi. W tych brudnych realiach przecięcia świata ulicy, mafii i korporacji każdy orze jak może, a wszyscy, i kaci, i katowani, są ofiarami większych struktur i bardzo brzydkich procesów społecznych, o jakich wolelibyśmy nie pamiętać. D9 to zawadiacki, nowoczesny, problemowy film, pełen mrocznej ironii, na który kino fantastyczne czeka od dobrych 10 lat, prawdopodobnie od czasów A.I.
Jako że nic nie jest idealne, tak i tu można by było parę rzeczy zrobić nieco lepiej. Co prawda ku mej wielkiej uldze nie ma ratowania świata, ale figura mocarnej złej korporacji i cały dość rozbudowany wątek militarno-sensacyjny trochę banalizują fabułę i ściągają cugle oryginalności. Mogłoby być mniej strzelania, a więcej eksploracji społeczeństwa obcych i skonfrontowanego z nim świata ludzi. Mamy jednak to, co mamy, i w czasach wielkiej fantastycznej mizerii należą się Dystryktowi 9 owacje na stojąco.
*
[PS Historia D9 zaczyna się w 2006 roku od sześciominutowego filmu Alive in Joburg, który można obejrzeć na YouTube i dać sobie dobry przedsmak filmu.]
Strona Dystryktu 9: http://d-9.com (z filmem związana jest też gra ARG).







Z ciekawostek, slyszalem plotki, ze film to pierwszy z planowanej trylogii...
Aż trylogii? Ciekawe. Trudno będzie utrzymać tempo i klimat, ale kto wie. Zakończenie jak najbardziej pozwala na kontynuację. Ja póki co czytałem tylko o wywiadach, w których reżyser deklarował, że jeśli film się sprzeda (a się sprzedał) i będzie zainteresowanie widzów kolejną częścią (tu ciężko powiedzieć, bo po Terminatorach i Matriksach ludzie są chyba zrażeni do kontynuacji), to z wielką chęcią zrobi kolejny film. A póki co kręci podobno rzecz na podstawie gry komputerowej Halo.
Co do Halo - nie kręci. Peter Jackson miał być produentem, Blomkamp miał reżyserować - skończyło się jak na razie tylko i wyłącznie na jakimś shorcie (http://www.youtube.com/watch?v=5BaVb2TlWb0) i specjalnie custom-built Warthogu (to ten samochod, którym jezdzi sie w Halo...). Z tego co mi wiadomo, na razie nie zapowiada się na ekranizacje tej gierki. Tak zupełnie na marginesie - to jeśli chodzi o Halo, polecam dwie reklamy - reklamującą Halo 3 całą kampanie 'Belive' - np. http://www.youtube.com/watch?v=cjLuqfb-1-4 (warto poszukać bo jest tego kilka różnych spotów) oraz niedawno wypuszczoną reklame Halo 3 ODST (Orbital Drop Shock Troopers) - http://www.youtube.com/watch?v=ujqO7V-9DCU . Polecam szczególnie tą ostatnią - jest naprawde dobrym kawałkiem filmu.
Dodałbym jeszcze, że wspominana odrażającość obcych w Dystrykcie 9 wynika nie tyle z ich biologii, co sytuacji. Ich fizyczna forma czy zwyczaje żywieniowe nie są może zbyt miłe dla ludzi, jednak to co wydaje się najbardziej odrzucać ludzkich bohaterów to agresywność obcych, alienacja, brak higieny i ogólne zżulenie do poziomu niemal zwierzęcego, a wszystkie te cechy równie dobrze mogą wystąpić u ludzi - i zapewne wystąpiłyby, gdyby to ludzie znajdowali się w ładowni statku. To też jest część nauki płynącej z filmu Blomkampa: choć nienawiść może ogniskować się przeciw cechom biologicznym (np. kolorowi skóry), to jednak jest to przede wszystkim symbol, przeciw któremu można wystąpić; prawdziwe powody leżą w historii, ekonomii, kulturze.
Dobry film, może wydać się niektórym szokujący, ale pewnie tak właśnie to by wyglądało... Zresztą to się dzieje i w naszym świecie.
Bez bohatera jednak nie byłoby tego filmu. Wydaje się nam żałosną kreaturą, ale jednak okazuje się jedynym człowiekiem - bo punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, jak mawiał mój nauczyciel historii z gimnazjum... Ech, smutne to wszystko. :)
Dodaj nową odpowiedź