Piwa starożytnego Egiptu przyprawiano kardamonem i kolendrą, bo Egipcjanie nie znali chmielu; ich piwa były mocne, korzenne i znakomicie gasiły pragnienie. Po wypiciu podobnego piwa można było zbudować piramidę i czasem ludzie nawet to robili.
High Cyber
I — Deklaracja mecenasów nowej kultury.
Czas zmienia nasze domostwo, jakim jest miasto. Jest ono wspólne zarówno dla was, dzieci Ulicy, jak i dla nas, którzy teraz przemawiamy. Ale poza miastem, które jest mieszkaniem, nie ma innego czynnika, który mógłby być nam jednakowy.
Wy żyjecie na dole, mamiąc siebie wzajemnie Rewolucją, która jakoby nadejdzie, nadeszła, bądź właśnie trwa. Mianujecie siebie zwiastunami nowej ery, ludźmi krawędzi, mesjaszami nadchodzących przemian. Zespolenie człowieka z maszyną ma być manifestem waszej odmienności i sygnałem narodzin kolejnego gatunku ludzkiej rasy.
Dzieci Ulicy, żyjecie przeszłością i banałem. Idee, o które walczycie są od dawna nieaktualne. Środki, jakimi się posługujecie — przestarzałe. Manifestacje, które przedstawiacie — wyświechtane. Tradycje i myśl artystyczna dawno zaginęły na Ulicy w potokach środków odurzających, w zwierzęcej lubieżności waszej „kultury”, w jej tandecie i płytkości, wśród wyzwań przeciw dawno odrzuconym problemom. Kolorowe światła waszych dyskotek przyćmiewają to, co jest prawdziwie warte poszanowania i ratowania. Tandetna, komercyjna muzyka zagłusza symfonie dawnych i obecnych mistrzów, płynących sztuką ponad czasem. Podłe żarcie zmienia was w jednolity, bezmózgi motłoch, świecący wyeksponowanym metalem, blichtrem ozdóbek za sto jenów i wzorkami wyzywających, sztucznych ubrań. Stajecie się tym, z czego chcieliście się wyróżnić. Krzyczycie o Rewolucji, ale jeśli jakakolwiek miała się dokonać, już dawno poniosła klęskę. Produkujecie kolejne pokolenia niby innych, a przecież jednakowych idiotów, dla których piękno sprowadza się do strzelanin w wieloodcinkowych serialach. Podobno żyjecie na krawędzi, ale wasza krawędź oddaliła się tak bardzo, że sami nie spostrzegliście upadku w głęboką dolinę. Nie umieracie w imię idei, ale zdychacie jak zaszczute zwierzęta. Głos tego, co wartościowe, już dawno został zakrzyczany przez waszą wulgarną komercję.
Dlatego musiał wznieść się tam, gdzie nie może zagłuszyć go bełkot Ulicy ani stłamsić machina Korporacji. Tak, dzieci Korporacji, z wami mamy wspólne jedynie spostrzeżenie tradycji i kultury. Nic ponad to i ponad zamiłowanie gustownego życia, nas nie łączy, chociaż wielu z nas było dawniej wami. Wasze monopole, wasza hierarchia, zakłamanie, oportunizm i pęd do forsy, akty zdrady i nienawiści wśród was, którzy macie być jednością, mierżą nas i odrzucają. Nie wiadomo, czy nie jest to gorsze niż Ulica. Jesteście siebie wzajemnie warci — jak świnie w oborze, w której lepsze żarcie znajduje się w zamkniętej klatce i te, które do klatki się nie załapały, biegają wokół i żrą się nawzajem.
Wy nie przynależycie do nas. Nie chcemy was pomiędzy nami. Nie dla was są obszary, w których chroni się to, co wartościowe.
Nie grupujemy się w gangi, stowarzyszenia, korporacje ani organizacje. Nie rozdzielamy funduszy i nie walczymy o stołki. Nie wrzeszczymy o przeminionych rewolucjach. Żyjemy bieżącym życiem.
Tworzymy się spośród tych, którzy wykształceniem i wiedzą, talentem i zdolnością zdołali wspiąć się na szczyt finansowy i nie zapaść się w wasze manipulacje; także z tych, którzy nigdy o pieniądzach nie myśleli i nie obchodzą ich je, lecz ważna im jest oryginalna wypowiedź. Każdy z nas jest niepowtarzalny i inny, każdy ma swój sposób życia i ekspresji, każdy chroni to, co ochrony jest warte. Kryterium jest nam wewnętrzne poczucie piękna i smak nabyty w czasie lat pławienia się w kulturze. Doceniamy to, co oryginalne, co prawdziwie nowe, co rewolucyjne nie dla mas, ale dla sztuki samej w sobie. Kto zechce nas zrozumieć — ten zrozumie. I wy, dzieci Ulicy, i wy, synowie Korporacji, możecie zachwycać się tym, co dla was i dla świata ocalamy; nie wypowiadamy wam bowiem wojny, a jedynie sygnalizujemy, gdzie ciemności spowijają społeczeństwo, a gdzie rozjaśnia je blask kultury.
Jesteśmy ludźmi, którzy nie posiadają fetyszy. Cyberimplantacje z Ulicy są wręcz zaprzeczeniem idei waszej własnej Rewolucji — tłoczone seryjnie kawałki tandetnego szmelcu, które każdy, bez rozróżnienia, jakie chcielibyście widzieć, pakuje sobie do ciała, więżą was w świecie komercji. My też używamy cybertechnologii, ale nie dla blichtru, lecz dla wspomagania naszych działań, dla otwarcia kanałów ekspresji, których wcześniej nigdy nie było. W najlepszych klinikach wszczepiane są nam wspaniałej klasy dyskretne dzieła sztuki cybernetycznej, których nawet nazwy nic by wam nie powiedziały. Nie afiszujemy się z metalem; piękno leży bowiem w ciele człowieka, a połączenie go z maszyną jest aktem kuriozalnej zdrady przeciw naturze, przeciw proporcji, przeciw temu, co od tysiącleci stanowi kamień węgielny budowli ludzkości od indiańskiego Zachodu po Daleki Wschód. Aby stworzyć nowego człowieka, nie można jego nowych organów wyrzucić na zewnąrz. My wchłaniamy nasze nowe elementy, zlewamy się z nimi w spokojnej syntezie natury z Nowym Człowiekiem. Wasze tajwańskie świecidełka tak się mają do idei nowej ery, jak pomalowany białą farbą koń do zebry.
Dzieci Ulicy, wasz byt, wasza zwierzęca egzystencja kształtuje wasze zanikające świadomości. Nasze natomiast mogą swobodnie dryfować wśród informacji, czynić wybory i rzeźbić się same. Ludzie korporacji, uwięził was pieniądz, zniewolił pęd do posiadania więcej i więcej, i więcej. Nie potraficie sobie wyznaczyć granic, których my w ogóle nie potrzebujemy, bowiem odwracamy nasze zainteresowania w odmiennym kierunku. Każdy z nas jest kreatorem, artystą, strażnikiem wartości, tolerancji i wiedzy.
Kiedy wasze pokolenia przeminą, kiedy Ulica zatopi się we własnych odchodach, kiedy korporacje wzajemnie wyniszczą się w pędzie po dominację, pozostaniemy my. Objawimy nowemu porządkowi i nowym ludziom wspaniałe wartości stuleci i jeszcze wspanialsze kreacje supertechnologicznej teraźniejszości. I choćby po was nastali jeszcze gorsi, nasz mecenat trwać będzie wysoko, ponad zgiełkiem i chłamem, by odnaleźć eon, w którym ludzkość znowu będzie silna czystym światłem, jakie niesie Człowiek.
Katsu Yoki,
Sapporo, 2021.
II — Jak zostać hi-cyberem?
Hi-cyber (także > art-cyber, > punk arystokratyczny) nurt kulturalny powstały na zrębach > postmodernizmu technologicznego 20. i 30. lat XXI wieku. Za pierwszy oficjalny manifest h. można uznać opublikowaną w sieci komputerowej ideową odezwę Japończyka > K. Yoki. H. neguje ideową walkę niewykształconych mas przeciw oligarchii korporacyjnej, ale odrzuca także ogólnie kolokwialnie pojętą dominację funduszową owych korporacji. Przedstawiciele h. wypowiadają się przede wszystkim w kwestiach estetycznych i moralnych, obficie czerpiąc z > modernizmu i rozwijających się wtedy nurtów w sztuce, proklamują hasło l'art pour l'art. Występują przeciw komercji oraz kulturze masowej.
— Enciclopaedia Brittanica 2031
Ogólne spojrzenie
Tam, gdzie człowiek sprzeciwia się komercji i tandecie, dając w zamian intelektualną i artystyczną strawę w połączeniu z zaprzeczeniem tak Rewolucji, jak korporacji — rodzi się hi-cyber.
Przede wszystkim warto wspomnieć, że uczestnicy tego ruchu nie tworzą zorganizowanej grupy — nie posiadają godła czy symbolu, haseł promocyjnych czy wspólnej kasy, nie stanowią żadnej firmy. Wszelkie spotkania i kontakty odbywają się spontanicznie. Dlatego trudno jest mówić o przynależności do hi-cyber, w zasadzie większość z tych ludzi nigdy nie słyszała tego określenia, bowiem manifest Katsu Yoki z 2021 jest w zasadzie nowy i jeszcze nie zyskał oddźwięku na zachodzie.
Hi-cyber nie jest więc dla tych, którzy pragną być cząstką potężnej, elitarnej grupy. To jest raczej nurt myślowy, jak ekspresjonizm albo romantyzm. Każdy uczestnik tej fali działa na własną rękę, własnymi środkami i wszelkie jego przedsięwzięcia są podejmowane w imię własnych idei, a nie idei zorganizowanej grupy. Nie oznacza to, że hi-cyberzy są odizolowanymi od świata maniakami — to naturalne, że w obrębie pewnych grup zawodowo-hobbystycznych tworzą się więzy i znajomości, dlatego wiele osób, które można zaliczyć do fali, zna się wzajemnie lub przynajmniej o sobie słyszało.
Co łączy hi-cyberów? Po pierwsze pojęcie, że Ulica jest dokładnie takim organizmem, który piętnuje. To znaczy, że wokół swobodnych i wolnych dzieci Ulicy narósł przemysł komercyjny i produkcyjny o wartości niewiele pewnie mniejszej od tej, jaką wytwarzają korporacje. Te wszystkie krawędziujące punki, dla których poza jest wszystkim, muszą coś jeść, oglądają TV i posiadają mieszkania. I pomimo nienawiści dla korporacji i jej schematów, najczęściej nie starają się poza swoje tandetne schematy wychodzić. Przeciętny solo wpieprza hamburgery (ewentualnie pije mleko, jeśli obejrzał „Leona”), ogląda tanie seriale, nigdy nie chodzi do teatru i korzysta z pistoletu Militechu. Dlatego na Ulicy jego indywidualność zaciera się i redukuje do szarej masy dziesiątków takich samych śmieci, jak on.
Wyznacznikiem hi-cyber jest przede wszystkim kreatywność i oryginalność. Ten, kto tworzy coś, czego jeszcze nie było albo podąża za ideą inną niż najbardziej popularna, może stać się uczestnikiem fali. Za tym idzie najczęściej fascynacja (albo przynajmniej znajomość) klasyką i sztuką ambitną oraz alternatywnymi formami ekspresji. Hi-cyber zazwyczaj zna dawne wzorce, co nie znaczy, że je powtarza. Jest najczęściej osobą wykształconą albo przynajmniej szanującą wiedzę. Nie jest to regułą — często braki w erudycji można nadrabiać ogólną postawą opozycji wobec Ulicy i korporacji, co przejawia się tak w teorii, jak i w czynie. Hi-cyber nie musi być spienionym rewolucjonistą i najczęściej nie jest: sztukę oryginalnego życia tworzy się w zaciszu rozmyślań, a nie zgiełku walnych zgromadzeń i protestujących marszów.
Praktyka
Najczęściej oświecenie umysłowe postępuje razem z dobrobytem materialnym (chociaż nie jest to regułą), ponieważ ciężko myśli się o filozofii, jednocześnie rozważając, gdzie dziś będzie się spało i co się będzie jadło. Dlatego wielu hi-cyberów wywodzi się ze środowisk zasobnych, także z korporacji. Niepisanym warunkiem jednak jest bycie wolnym od wszelkich mocno wiążących zależności zawodowych z wielkimi firmami. Przede wszystkim, punkt widzenia musi pozostać wolny od tego, który narzucają korporacje. Dlatego wielu hi-cyberów to ex-korporacyjni lub ludzie, którzy po zdobyciu wykształcenia zarabiali na firmach, wynajmując się na tymczasowe umowy i zlecenia. Zależność od firmy może być dopuszczalna, jeżeli owa korporacja jest mała, działa w niewielkim zasięgu i przede wszystkim dba o robienie pieniędzy, a nie indoktrynowanie pracowników, jak to się dzieje we wszystkich potężnych molochach.
Inny rodzaj hi-cybera to przedstawiciel wolnego zawodu: artysta czy dziennikarz. Zasobność materialna zależy tutaj wyłącznie od pomysłowości i zręczności życiowej. Ponieważ jednak duża forsa wiąże się z odpowiedzią na gusta masowe, a hi-cyber neguje tego rodzaju działalność, przeto artyści z fali muszą szukać popytu w swoich środowiskach lub wykonywać dodatkowy zawód, dzięki któremu żyją. Dziennikarze natomiast mają doskonałą okazję popisywania się jako fotograficy i publicyści w ambitnych (niewielu, ale ciągle kilka istnieje) pismach.
Hi-cyber nie musi opływać w bogactwa, jego majątkiem jest bowiem przede wszystkim wiedza. Dlatego wielu przedstawicieli fali pochodzi ze środowiska akademickiego, głównie są to starsi studenci, ale także wykładowcy, asystenci itp.
Mniejszość stanowią natomiast ludzie, którzy wychowywali się na Ulicy i wśród prostych ludzi, ale w pewnym etapie swojego życia dostrzegli falę i zaczęli myśleć i postępować według niej. Często takie osoby stopniowo rozwijały się, dochodząc od zera, od prostaka i biedaka do poziomu bogacza, który pragnie nadrobić zaległości intelektualne i zmienić styl na bardziej wykwintny.
Nowe priorytety
To są hasła lansowane w zamian za trzy podstawowe idee cyberpunku:
1. Sztuka dla sztuki, masy dla sztuki.
Ten, który tworzy, nie powinien martwić się o odbiorcę. Dzieło powstaje bowiem z pewnego wewnętrznego, indywidualnego stanu, który, aby przekazać masom, trzeba by zredukować do bezbarwnej garści chłamu. Toteż sztuki nie tworzy się dla mas, ale dla niej samej.
Masy ludzkie są sztuce podporządkowane. Dlatego ciemne jednostki można z powodzeniem wykorzystywać i manipulować nimi, jeśli ma to przynieść nową jakość.
2. Wznieść się ponad wszystko.
Stopienie z tłumem jest gorsze od śmierci ciała, bowiem umiera duch. Dlatego życie oznacza izolację od masy. Ten, kto spada na Ulicę lub plącze się w powiązania firm i mafii — umiera.
3. Żyć w poszukiwaniu nowej idei.
Nowa jakość jest najważniejszym ogniwem rozwoju. Dla odnalezienia nowej inspiracji trzeba zrobić wszystko. Ten, kto pławi się w standardowej, lepkiej masie — grzęźnie i opada na dno. Tylko poruszając się wśród alternatyw można płynąć i żyć.
III - Przykłady postaci nowej fali.
To kilka postaci, które na całkiem różne sposoby realizują hi-cyber. Można powiedzieć, że łączy je jedno: są inne niż wszyscy pozostali i szukają wartości tam, gdzie inni nie myślą nawet zaglądać.
Katsu Yoki
Nie zna swoich rodziców. Jedyną jego rodziną była od zawsze japońska Yakuza na poły z zakamarkami Ulicy. Jego podstawową umiejętnością musiało być przemyślne lawirowanie wśród drapieżników, aby zawsze wyjść na swoje. Kiedy małego chłopca przygarnęła mafia, szybko rozpoznał rządzące nią schematy i napędzające motory. Nie starał się robić oszałamiającej kariery, nie spiskował, nie buntował się. Oto był sobie taki Katsu, chłopaczek od wszystkiego. Załatwiał drobne sprawki, fiksował kontakty, poszukiwał ludzi, przewoził przesyłki. Ale to wszystko działo się jakby obok. Nie było naprawdę.
Yakuza dobrze płaciła za pracę. W wieku 12 lat kupił sobie elektryczną gitarę, dwa lata później: boczny flet. A cztery lata po gitarze pierwszą działkę LSD. Katsu, opętany manią znalezienia własnych korzeni - rodziców, czy jako psychologiczny substytut - jakiejkolwiek gleby, w którą mógłby zapuścić korzenie - utożsamił swój początek, swoje źródło, w idei magicznego, wszechogarniającego Smoka. Smok miał być dla niego ojcem, matką, rodziną - prapoczątkiem i celem. Eksperymenty narkotyczne miały zbliżać go do Smoka. Uroił sobie, że muzyka tworzy mistyczny pomost do Jego siedziby: dlatego tworzył najbardziej psychodeliczne i dziwaczne kawałki na flet i overdrive po tej stronie Mekongu. Wreszcie porzucił Yakuzę i wyniósł się z miasta w poszukiwaniu siedziby Smoka. Zjeździł wyspy jak długie i szerokie, wreszcie wsiadł do pierwszego napotkanego samolotu. Powiecie, Yakuza pilnuje swoich ludzi? Owszem, pilnuje. Katsu zawsze będzie człowiekiem klanu. Ale nikt nie ma mu za złe zagranicznych wypadów. Ponieważ jego rola w organizacji nie była nigdy ściśle określona, dlatego przydaje się w każdej komórce mafii w każdym mieście, do którego trafia, przy czym nie jest w posiadaniu żadnych tak istotnych informacji, że mógłby zarobić sprzedając je.
W swoim mniemaniu stoczona ze Smokiem walka miałaby dać mu Odpowiedzi na najbardziej pierwotne Pytania i rozwiązać odwieczne Zagadnienia, przy czym wynik walki jest nieistotny. Poszukiwanie swojego celu często jest dla niego medytacją spotkanego drzewa, stworzeniem muzyki albo spacerem nad rzeką. Katsu podejmuje się każdej pracy, której jeszcze nie wykonywał (a w jego mniemaniu może ona pomóc jego celom) i pojedzie w każde miejsce, w jakim jeszcze nie był, żeby tylko…
…dotknąć Smoka.
Dane szczegółowe
Katsu Yoki, 32 lata, mężczyzna, niezamężny i bezdzietny, nie posiada żadnej rodziny. Rasa żółta, narodowość japońska. Wysokie refleks, zdolności manualne i inteligencja, średnia budowa ciała, niskie opanowanie rekompensowane narkotykami. Filozoficzne spojrzenie na wydarzenia. Potrafi szybko i sprawnie nawiązywać kontakty w półświatku, chociaż jego podstawowa siatka znajomości znajduje się w Tokio. Posiada 1 kyu w ju-jutsu oraz 2 w kung-fu choy Lee fut. Dobrze gra na gitarze i flecie bocznym. Ma umiejętności kurierskie. Ubiera się w sportowe marynarki, koszulki itp. Posiada mało broni (małokalibrowy rewolwer), z której dobrze nie strzela. Średnio atrakcyjny, proporcjonalnie zbudowany, niewysoki.
Kim Reeder
Powiadają, że Kim Reeder dawniej była kimś całkiem innym, że jej obecna historia ma niewiele wspólnego z prawdą i sypie się, kiedy się lepiej przyjrzeć. Wedle niektórych wcale nie jest tym, za kogo próbuje uchodzić. Plotka powiada, że dawniej była kierowcą w Militechu albo innej wielkiej korporacji, a obecnie musi się ukrywać pod zmienioną postacią, ponieważ zwinęła jakąś nie swoją forsę. Inni uważają, że tak naprawdę jest córką prezydentki USA, która nie chce rozgłosu. Pojawiają się też fantastyczne teorie, np. o tym, że Kim przybyła z Kosmosu albo jest kobiecą inkarnacją kurierskiej sławy — Zoela Wheelsa. Jakkolwiek by prawda nie wyglądała, oficjalna historia przedstawia się jak następuje:
Kim Reeder jest potomkiem rosyjskich emigrantów, którzy przybyli do NC na początku wieku. Pasją Kim, odziedziczoną po ojcu, były zawsze samochody. W wieku 10 lat jeździł lepiej niż niejeden wieloletni kierowca. W rosyjskim środowisku rajdowych sław emigracyjnych nabywał zdolności technicznych, zaś podczas wielokrotnych wypadów w długie trasy z kurierskimi zadaniami — zmysłu kurierskiego i znajomości na drodze. Około 19 roku życia Kim zmienił płeć, stając się ogniście rudą, piękną kobietą. Co szokuje niektórych, Kim jest mistrzynią rajdową, jednym z najlepszych kierowców na torze, żywą legendą za kółkiem. Do tego dołącza się niezwykła osobowość, a raczej niezwykły jej brak. Kim wydaje się po prostu urządzeniem do uwodzenia i sprawiania erotycznych, homoseksualnych niespodzianek sobie i swojej dziewczynie. Może jeszcze cybertechnologia i okresowe treningi strzeleckie — a poza tym jej życie przypomina egzystencję kameleona. Żyje w potężnym, jasno urządzonym domu bez charakteru a za pieniądze, na których śpi, wszczepia sobie najnowsze, najsubtelniejsze i najdroższe podzespoły, które miałyby lukę w osobowości wypełniać.
A co z życiową motywacją? Wielu z jej otoczenia sugeruje, że Kim czegoś takiego nie posiada, ponieważ ma już wszystko. Jest jednak inaczej. Nikt jednak nie wie, co ruda piękność pragnie osiągnąć, pędząc 300 mil na godzinę po torze nascar.
Dane szczegółowe:
Kim Reeder, kobieta, ~27 lat, niezamężna i bezdzietna, homoseksualna, rasa biała, Amerykanka. Niezwykle piękna. Wysokie refleks i empatia, średnie zdolności manualne, niska inteligencja i budowa ciała. Posiada kilka dziwnych, wyprodukowanych na zamówienie ze specjalnym projektem implantacji wzmacniających ego. Doskonale prowadzi pojazdy i ma inne umiejętności związane z nimi. Często grzebie się także w prostej cybertechnologii. Lubi duże gnaty, ale kiepsko sobie z nimi radzi.
William Joseph Huntswift
Historia banalna, zdawałoby się: po prostu syn inteligentów, wszechstronnie wykształcony i utalentowany. W toku swojego leniwie płynącego, okołokorporacyjnego życia zgłębiał tajemnice nauki i literatury, pragnąc osiągnąć doskonałą głębię formy. Powiadają, że mu się udało, chociaż on sam wyśmiałby podobne farmazony. Tak jak to często bywa, kiedy samo dążenie w jakimś kierunku zaczyna przesłaniać cel, William wciąż i wciąż dąży, nigdy nie przystając. Zawsze sam, zawsze przeciw masom.
Prawdziwą zgryzotą w pragmatyzmie codzienności jest jednak to, że aby żyć musi jeść, a żeby jeść - wynajmować się do różnych prac. Dawno temu wyszedł z założenia, że zniszczy wroga, kiedy go zrozumie i dokładnie pozna, a wroga upatrywał w świecie cybersieci. Już wkrótce się okazało, że jest talentem samorodnym i wkrótce prześcignął swoich mistrzów, tworząc nowe, oryginalne konstrukty i programy, co wpisane zawsze było w jego kreatywną osobowość. Dlatego każdy fikser biegnie do Williama, kiedy potrzeba zahakować twardy do pokonania system. Z obrzydzeniem Huntswift wykonuje te zlecenia, wegetując w jakichś tanich, wynajętych pokojach, wyposażonych tylko w stolik, na którym można położyć kartkę papieru.
Ponieważ jest także poetą. Krytycy tradycyjnie pojmowanego języka, w zastanej rzeczywistości należący najczęściej do nowej fali, często doceniają jego twórczość i proponują ją szkołom do wpajania uczniom. To jest kolejny cierń na zawieszonej w próżni poezji drodze życia Williama, który pragnie tylko jednego — zostawcie mnie wszyscy i dajcie mi przeżywać swój spleen!
William zawsze chodzi w długiej, czarnej pelerynie i czarnym cylindrze, często podpiera się laską ze srebrną gałką, a u jego boku wisi rapier. Skromne grono znajomych przyzwyczaiło się do jego dziwactw, chociaż na ulicy średnio na 100 metrów spaceru przynajmniej raz słyszy słowo „pedał”.
Dane szczegółowe:
William Joseph Huntswift, mężczyzna, 33 lata, samotny, biały Amerykanin, poeta i netrunner. Najprostsze implantacje do sieci. Wysoki i szczupły, ubiera się dekadencko w czerń. Poważny, rozpoetyzowany, zawieszony nieco obok rzeczywistości. Nie radzi sobie z bronią poza rapierem, potrafi jednak walczyć wręcz.
To tylko kilka rozmaitych przykładów, ukazujących różnorodność członków nowej fali. Mam nadzieję, że poczuliście klimat i wiecie już, gdzie szukać Smoka.
Chociaż pewnie nigdy go nie dotkniecie, szukajcie…







Dodaj nową odpowiedź