Są nauki, którym dane jest pozostać wiecznie młodymi. Takimi naukami są wszystkie nauki historyczne, wszystkie dyscypliny, którym nie powstrzymany ani na chwilę przypływ cywilizacji dostarcza ciągle nowych problemów.
Nikt nic nie wie, czyli prawo autorskie
Kwestia ochrony praw autorskich stała się być może najbardziej dla obywatela Zachodu palącym problemem naszych czasów, a zarazem największym tabu. Palącym, bowiem kwestie polityki zagranicznej, wojen czy doli biedoty to w końcu sprawy odległe i niedotyczące zwykłych ludzi, zaś pliki z torrentów czy megauploada pobiera się w każdej rodzinie. Tabu, ponieważ choć niby dyskutuje się o tym cały czas i to w gorącej atmosferze, nie można mówić o żadnym prawdziwym dyskursie w oficjalnych mediach — wszystko jest jasne, dawno zostało ustalone co jest moralne a co nie, a niezależne środowiska w rodzaju Anonymous, społeczności Pirate Bay itp. traktowane są niemal jako przestępcy, nawet gdy stają za nimi prawdziwi artyści czy producenci. Istnieje też jednak trzecia ważna cecha dyskusji o prawie autorskim, która ma niebagatelne znaczenie nie tylko dla internetowych piratów, ale wręcz dla całej popkultury: rozmycie. Innymi słowy — wszyscy krzyczą, ale nikt nie wie, o co chodzi.
Sprawa nie jest nowa, jednak ostatnio w środowisku figurkowych gier strategicznych zaistniał pewien incydent, który zainspirował mnie do poruszenia kwestii owego wszechobecnego rozmycia. Wszystko zaczęło się od programu wyprodukowanego przez niewielką firmę Lone Wolf Development, zajmującą się produkcją software'u przeznaczonego do gier figurkowych, RPG itp. Program ten, Army Builder, przeznaczony jest — jak pewnie łatwo się domyślić — do budowy rosterów w grach figurkowych jak Warhammer Fantasy Battle czy Warmachine, czyli list jednostek, ich wyposażenia itp. oraz szybkiego obliczania kosztu punktowego całej armii. Lone Wolf jednak niedawno zorientował się, że ludzie zaczęli używać nazwy "army builder" na określanie innych, podobnych aplikacji, tak jak mianem "adidasy" określa się pewien rodzaj obuwia sportowego produkowanego przez różne firmy, i postanowił przedsięwziąć odpowiednie kroki, by chronić swą nazwę towarową. W tym celu wystosował list do korporacji Privateer Press, producenta gier figurkowych, nakazując jej utemperowanie userów na forum strony domowej tejże firmy. W wielkim skrócie, Lone Wolf mówi o potrzebie "edukacji uczestników forum w kwestii ochrony nazwy handlowej Army Builder, aby uniknąć konieczności przyszłego usuwania postów", jak również oferuje swe usługi w dostarczeniu owych edukacyjnych usług; w przypadku niezastosowania się przez Privateer Press konsekwencje nie były konkretnie określone, ale z pewnością miałyby być bolesne.
List ten odbił się szerokim echem w całym środowisku figurkowym — Army Builder obsługuje bowiem nie tylko gry Privateer Press — budząc cały wachlarz negatywnych reakcji, od uprzejmego zdziwienia po furię. Padło wiele uwag, często trafnych: że "army builder" to słowa pospolite których nie można zastrzec (i zapewne były w użyciu przed wprowadzeniem produktu), że Lone Wolf samą naturą swej działalności sytuuje się na obrzeżach legalnego działania, że głupotą jest atakować firmę na której opiera się sprzedaż własnego produktu, czy też że cała sytuacja jest po prostu śmieszna (lub straszna, zależnie od poziomu paranoi). Kompletnym zaskoczeniem jednak było oświadczenie zamieszczone mniej niż tydzień później na stronie Lone Wolf Development, w którym firma — a wręcz konkretny jej człowiek, niejaki Rob Bowes — przeprasza za zaistniały kwas. Jak twierdzi Bowes, on sam nie jest prawnikiem, a jego list niechcący poruszył całą lawinę prawnych zagadnień, o których istnieniu nie miał pojęcia. W oświadczeniu rozdziela przede wszystkim "infringing use of trademark" (pogwałcenie użycia znaku handlowego) od "improper use of trademark" (niewłaściwego użycia znaku handlowego), co okazuje się być czymś zupełnie innym, a także wycofuje się z oskarżeń o "dilution" (rozrzedzenie) ich znaku towarowego, co okazało się sugerować związek z dokumentem prawnym Trademark Dilution Act, który ze sprawą nie ma nic wspólnego. Long story short, Robowi coś dzwoniło, ale nie wiedział w którym kościele, a na prawie kanonicznym znał się jak proboszcz z XVII-wiecznej parafii na Podlasiu.
Pomińmy już to, że ludzie z Lone Wolfa wyszli tu na idiotów; to jest jednostkowy przypadek, który można uznać za zabawny lub żenujący, ale nie ma on większego znaczenia dla rynku. Najważniejszy jest tu fakt, że nawet osoba siedząca głęboko w branży a nie będąca zawodowym prawnikiem od razu wpadła w pułapkę, próbując jedynie mówić o prawach autorskich. Cóż więc powiedzieć ma zwykły user, choćby i bystry? Mamy tu przecież do czynienia z prawnym zagadnieniem jak najbardziej codziennym, dotyczącym zwykłych ludzi i to en masse, o którym jednak trudno powiedzieć cokolwiek na pewno, nie mając na usługach członka kasty wtajemniczonych! Jest to sytuacja o tyle szczególna, że w innych sferach działalności codziennej prawo jest powszechnie zrozumiałe i jednoznaczne: nikt nie ma wątpliwości co do prawnego statusu kradzieży, zabójstwa, czy oszustwa; gdy tylko jednak zaczniemy pytać o prawa autorskie, natychmiast otacza nas mgła niepewności. Czy wolno mi pożyczyć koledze oryginalną płytę z grą? Czy wolno mi wykonać kopię zapasową płyty? Jak daleko mogę się posunąć w dostosowywaniu aplikacji do własnych potrzeb? Czy sklep internetowy w którym kupuję pliki mp3 działa legalnie, a jeśli nie, to czy jestem paserem? Czy wolno mi napisać autorski dodatek do systemu RPG i powiesić go na Rapidshare? Czy mogę sprzedać płytę DVD na eBayu i czy muszę później zniszczyć wszystkie kopie zapasowe? Czy mogę pobrać z torrenta album, który mam już na legalnie zakupionej płycie CD? I kto właściwie o tym decyduje, kiedy i przez kogo zostały ustanowione prawa o tym stanowiące oraz czy na pewno się odnoszą do mojego przypadku?
Pamiętajmy o prostym fakcie, że kiedy człowiek jest zagubiony i nic nie rozumie, wówczas można mu wmówić wszystko — a on nie będzie mógł się bronić. Lone Wolf Development to mała firma, której najwyraźniej nie stać na prawnika, jednak większe korporacje mają ich całe armie. Jeśli armia ta zechce kogoś pozwać, udowodnienie własnej niewinności jest dla człowieka zwyczajnie niemożliwe, gdyż nie dysponuje on żadną wiedzą na temat tego świata — nie może powiedzieć "ja nie ukradłem", gdyż nie potrafi nawet posłużyć się fachową terminologią, by w ogóle wziąć udział w dyskusji. I tak naprawdę nie teoretyczna drakońskość prawa jest tu największym problemem (bowiem tak naprawdę póki co nie jest szczególnie skutecznie egzekwowane), ale właśnie oderwanie go od zrozumienia przez zwykłych obywateli, którzy w każdej chwili mogą całkiem nieświadomie je złamać i przynajmniej teoretycznie ponieść konsekwencje. Nieznajomość prawa oczywiście nie powinna stanowić wymówki dla jego łamania, ale kiedyś formuła ta odnosiła się raczej do działalności bardziej niszowej (np. biznesu), a nie codziennych czynności! Przykłady ludzi niechcący zaplątanych w takie afery są niezliczone. Dodajmy do tego, że nawet sami prawnicy często się w tym wszystkim gubią i na to samo pytanie potrafią udzielić dwóch różnych odpowiedzi (pamiętam jak w jednym numerze magazynu Komputer Świat czytelnik spytał listownie, czy może ściągnąć w mp3 muzykę którą ma już na CD, a prawnik potwierdził; w innym numerze inny czytelnik spytał o to samo, a otrzymał odpowiedź przeciwną), a na horyzoncie zaczyna nam się jawić prawne i społeczne piekło.
Jeszcze przed wojną któryś znany polski literat — bodajże Julian Tuwim — zażartował, że sąd to taka instytucja, która decyduje o tym, która strona ma lepszego adwokata. Cóż więc powiedziałby poeta dziś? Być może poszedłby drogą Brzechwy i został komunistą…




Prawo autorskie to jedna z niewielu dziedzin życia (chyba jedyna, żadna inna nie przychodzi mi do głowy), w której większa część populacji notorycznie popełnia przestępstwa. Nie znam ANI JEDNEGO przypadku użytkownika, włącznie z ludźmi zajadle stojącymi po stronie kupowania i legalizowania wszystkiego (czy to z powodu własnych liberalnych zapatrywań moralnych, czy dlatego, że prowadzą biznes), który jest całkowicie czysty. Jeden ogląda filmy tylko w kinie, ale ma spiracone programy, inny odwrotnie, wreszcie trzeci ma wszystko na legalu, ale nie doczytał licencji darmowego programu, którego używa w firmie, a on jest tylko do użyku domowego. Zresztą ten trzeci przypadek wymyśliłem, bo takiego człowieka nie znam. I tu nasuwa się pytanie. Skoro ludzie to robią - piracą programy, sztukę - i to w tak wielkiej skali, to kto jest przestępcą? Ściągający pliki, łapiący go policjant, sędzia, prawodawca, a może producent domagający się "ochrony"? Jak to możliwe, że większa część ludzi pobiera nielegalnie pliki, ale do ekstremalnej rzadkości należą rozboje, kradzieże, morderstwa, nawet bijatyki. Może wyjaśnić się to da poprzez nachylenie się nad definicją legalności i przestępstwa?
Widziałem filmiki mające odstraszyć "piratów" - setting specjalnie zrobiony na bardzo normalny czy wręcz z polskiego serialu; chłopak podarowuje dziewczynie laptopa, słodka sytuacja. Nagle zgrzyt taśmy, do kawiarni wchodzi zamaskowany policjant i rekwiruje laptopa! Bo był na nim nielegalny soft. Ludzie, czy wy nie widzicie, że próbując zrobić odstraszającą reklamę, pokazaliście więcej prawdy o ściganiu "przestępców" i naturze ich "zbrodni", niż zamierzaliście?
Temat jest tak szeroki, że aż nie wiadomo od czego zacząć. Powiedzieć że mój felieton ledwie zarysował problem to wręcz poważne niedomówienie, rzuciłem ledwie mały kamyczek do tego gigantycznego, globalnego wręcz ogródka.
Twoje pytania Darku są oczywiście uzasadnione (zresztą sam pisałeś nie tak dawno w Najpiękniejszym Reaktorze o tej problematyce), podobnie jak zapewne setki innych pytań które można by tu zadać, a czego się w tym momencie nie podejmę...
Jedna z ciekawszych dyskusji o piraceniu, jaką miałem okazję czytać w ostatnim czasie, odbyła się na forum przy witrynie magazynu New Scientist. Jeden z userów napisał żartobliwy, ale i niepokojąco trafny komentarz, w którym wskazał że elektroniczna kopia np. utworu muzycznego jest niemal nieskończenie tania, a więc niemal nieskończenie dostępna dla każdego; a ktoś, kto zabrania ludziom bezpłatnego dostępu do rzeczy nieskończenie dostępnych (jak np. powietrze) zasługuje właśnie na miano pirata, zamiast tego kto z tego prawa korzysta. (Podkreślam, że to wypowiedź żartobliwa.) Inny użytkownik zaś w kontekście torrentowania muzyki zauważył, że to technika zrodziła gwiazdy, jako że przed wynalezieniem technologii masowej rejestracji dźwięku artysta (performer) by zarabiać musiał występować (perform), a więc nie ma nic nieuczciwego ani dziwnego w tym, że ten sam rozwój techniki cofnął gwiazdom przywilej zarabiania wiele razy na tej samej pracy - na zasadzie "Bóg dał, Bóg wziął". I ten ostatni argument już trudno obalić...
Pisałem na reaktorze (dzięki za podlink), ale rozsiewam wszędzie Słowo. :) Co do argumentu o performerach, można go obalić w taki sposób, że performer performuje, a widz widzi (słowem, idzie na koncert i nic więcej), nie zaś posiada dodane dobro w postaci trwałego krążka. Producent w tym świetle kasuje pieniądze nie za sztukę, ale za umożliwienie repetetywnego powtarzania doznań. Za to ten pierwszy argument, o ograniczaniu dostępności do czegoś darmowego, bardziej mnie przekonuje, prawdę powiedziawszy.
Dodaj nową odpowiedź